Express yourself. [„A potem tańczyliśmy”, 2019]

„Jesteś zbyt miękki”. „Musisz być jak skała”. Te słowa, niczym kropla po kropli, drążą w Merabie poczucie gorszości, ale też zagrzewają go do dalszej pracy nad samym sobą. Chłopak tańczy w Gruzińskim Balecie Narodowym, gdzie harmonia i płynność ruchów postrzegane są jako emanacja siły, a na „kobiece” gesty nie ma miejsca. Trener gimnastyki artystycznej daje Merabowi mocno w kość, mając przypuszczalnie dobre intencje: chce oszlifować tkwiący w podopiecznym potencjał, wynieść go na piedestał tanecznego świata, uczynić prawdziwym objawieniem. Kiedy na kolejnych zajęciach pojawia się nowy baletmistrz, Irakli, pozycja Meraba jako ambitnego faworyta zostaje zagrożona. Pojedynek mężczyzn w tańcu staje się fundamentem rosnącej fascynacji erotycznej.

Levan Akin podejmuje w „A potem tańczyliśmy” problem przywiązania do tradycji i jednocześnie zatracenia tożsamości narodowej, pokazując przy tym, jak mogą wyglądać skutki odstępstwa od norm (płciowych, obyczajowych) w konserwatywnym społeczeństwie. To obecnie gorące tematy także w Polsce – tym większe brawa należą się organizatorom LGBT Film Festival za to, że postanowili uczynić z produkcji Akina atrakcję tegorocznego programu. Kultura gruzińska ukazana zostaje w filmie przez szorstki i rygorystyczny pryzmat; jest dziką siłą, której poryw ciężko ujarzmić. Dla Akina „A potem tańczyliśmy” staje się formą ody do swojej ojczyzny. Kraj jest piękny i malowniczy, ale pełen dysonansu. Gruzini cenią sobie miłość i taniec, ale tylko, gdy nie kontrastują z ich własnym systemem wartości, z ich przekonaniami. Wyłania się z filmu obraz Gruzji wciąż obstającej przy stygmatach wstydu, dyktującej obywatelom, jak należy żyć (gejem tu być nie wolno, a ciężarna nastolatka musi ratować „honor” rodziny, w mig wychodząc za mąż).

Czytaj dalej „Express yourself. [„A potem tańczyliśmy”, 2019]”

Z sensem i z sercem. [„Mulan”, 2020]

Aktorskie adaptacje klasyków Disneya dzielą się na dwie kategorie: te bazujące na oryginale w skali jeden do jednego oraz te, których reżyserzy zadają sobie trochę więcej trudu, na kanwie znanej fabuły próbując opowiedzieć coś nowego, uaktualnionego. „Mulan” autorstwa Niki Caro, przypadłszy do drugiego zbioru, to właśnie live-action remake wykonany z sensem i sercem: film stylowy, żywotny, może trochę kampowy, ale z wizualnym przepychem. Dużo lepszy niż sugerowałaby średnia ocena na IMDb i – już wkrótce – Filmwebie.

„Mulan ’20” to przede wszystkim dobrze opowiedziana historia. W filmie, adaptującym ulubioną animację małych dziewczynek, Caro podejmuje temat seksizmu, który hamował kobiety we wszystkich epokach i wszystkich miejscach świata – od zawsze. W „Mulan”, ekranizującej ludową legendę z czasów dynastii Wei, młoda córka wojownika postanawia ruszyć na wojnę, by uratować życie ojca, jak i całe Imperium Chińskie. Zdeterminowana, by służyć cesarzowi, musi udawać nastoletniego chłopaka, bo w szeregach armii nie ma miejsca dla płci „słabszej”. Po drodze mnożą się problemy: Mulan jest dużo bardziej uzdolniona w sztukach walki niż kamraci, co stale stawia ją w centrum uwagi.

Czytaj dalej „Z sensem i z sercem. [„Mulan”, 2020]”

Hallmark otwiera się na postaci gejowskie. [„Love Under the Olive Tree”, 2020]

     Frank Cabella, starzejący się właściciel gaju oliwnego, postanawia przekazać swój dochodowy biznes w ręce wnuczki, Nicole. Interes to nie byle jaki: na terenie Cabellich mieści się ogród uprawny, tłocznia oliwy oraz fabryka z liniami do butelkowania. Dziewczyna z entuzjazmem podejmuje się pracy przy produkcji oliwy i postanawia wystawić oparty na nowej recepturze produkt w jesiennym konkursie na najlepsze przetwory lokalne. Wydawałoby się, że wygraną ma w kieszeni. Niestety, znikąd wyłania się Jake Brandini – potomek niejakiego Raphaela, który w przeszłości rywalizował z Frankiem o tytuł najważniejszego wytwórcy oliwy z oliwek. Które z dzieciaków przyniesie chlubę swoim rodzicom? Czy zwaśnione rody będą w stanie się pogodzić?

     …A może młodzi zakochają się w sobie niczym Romeo i Julia? W przypadku omawianego filmu wystarczy rzucić okiem na jego promocyjny poster i wszystko staje się jasne. Poobwijane, przypominające pismo starszej kobiety litery układają się w tytuł: „Love Under the Olive Tree”, a z centrum plakatu perfekcyjnie białym uśmiechem zaślepia nas konwencjonalnie atrakcyjna, kaukaska para. On wygląda jak książę z bajki, ona wygradza sobie przestrzeń grafiki falą słomianych, lekko podkręconych włosów. Do kieliszków na wino nalewają tytułowy olej roślinny – a to niespodzianka! W dolnym obszarze plakatu widnieje jeszcze hasło dystrybutora: „Hallmark Channel – serce telewizji”. Wiecie, jakim typem filmu jest „Love Under the Olive Tree”: najbardziej oczywistym z oczywistych.

     Teoretycznie tak, choć jego twórcom należą się propsy za wprowadzenie do scenariusza postaci gejowskich.

Czytaj dalej „Hallmark otwiera się na postaci gejowskie. [„Love Under the Olive Tree”, 2020]”

Boga nie ma – gdyby istniał, Shawn Roberts grałby w lepszych filmach. [„Undercover Angel”, 2017]

     Czasem zastanawiamy się, jak wiele złych filmów jesteśmy w stanie obejrzeć dla kilku scen ze swoim ulubionym aktorem. Albo inaczej: jak wiele będziemy w stanie dla niego wycierpieć. W moim przypadku odpowiedź jest prosta: naprawdę wiele. Dla swojego bożyszcza przeszedłem przez kanadyjską podróbkę „American Pie”, z niezgrabnym cameo Avril Lavigne i Jasonem Priestleyem jako odpowiednikiem matki Stiflera. Usypiałem przy nieproszonym przez nikogo sequelu „Stir of Echoes”, z partacko wplecionym wątkiem powojennych urazów i bardzo dennymi efektami CGI. Było mi bardzo–wszystko–jedno przy antyhollywoodzkim gangsta-kryminale „Tainted”, gdzie ów faworyt pojawił się w dwóch scenach, a do wygłoszenia miał półtorej kwestii. Ostatnio wspiąłem się na wyżyny poświęcenia i w nudny wieczór zapuściłem sobie familijną ramotę o wierze, pierdach i aniołach – wiecie, taką rodem z Hallmark Channel.

     Bo młody bóg z Ontario, Shawn Roberts, pomimo wielu nie najlepiej dobranych ról, ma dużo do zaoferowania jako aktor. Mógłby narozrabiać w gatunku kina akcji klasy „B”, deklasując co bardziej wymęczonych etatowych twardzieli (np. Chada Michaela Collinsa, Kellana Lutza czy Scotta Adkinsa, który w ostatnim dobrym filmie zagrał może cztery lata temu). Mógłby wykorzystać naturalny seksapil i czarować w paśmie daytime drama, w popularnych operach mydlanych. Zamiast tego wciąż oscyluje między gościnnymi występami w kanadyjskich serialach a drugim planem w produkcjach indie – gra tak naprawdę wszędzie, choć chyba najbardziej wsławił się jako scream king dzięki licznym horrorom. Przeciętny widz kojarzy go z postacią Alberta Weskera w serii „Resident Evil”, ale pamiętna była też współpraca Robertsa z George’em Romero („Ziemia–” i „Kroniki żywych trupów”) oraz komedia grozy „A Little Bit Zombie”. W 2014 roku aktor hipnotyzował imponującą muskulaturą w dreszczowcu o Sasquatchu „Feed the Gods”, niestety marnie zainscenizowanym, technicznie nieudolnym.

Czytaj dalej „Boga nie ma – gdyby istniał, Shawn Roberts grałby w lepszych filmach. [„Undercover Angel”, 2017]”

Taedium vitae. [„Syberia”, 2019]

     W zapyziałej syberyjskiej wiosce, gdzieś na krańcu świata mieszka Sasha (Viatcheslav Kopturevskiy), robotnik rolny pogrążony w głębokiej depresji. Mężczyzna utrzymuje romans ze swoim szwagrem Dimą (Ilya Shubochkin), wysoko postawionym członkiem miejscowej policji. Jego siostra o niczym nie wie, choć podejrzewa, że małżonek zdradza ją na boku – z inną kobietą. We wrogo nastawionym, skostniałym społeczeństwie wiejskim nie ma miejsca na męsko-męską miłość, co napędza osobistą tragedię obu bohaterów. Związek Dimy i Sashy balansuje na granicy przepaści. Pierwszy z mężczyzn nieudolnie wypiera homoseksualne skłonności, czując do siebie wstręt. Drugi nie potrafi kochankowi odmówić, gdy temu zbiera się na czułości. Obaj muszą ukrywać swoje uczucia – od tego zależy ich życie.

     Viatcheslav Kopturevskiy nie tylko w „Syberii” wystąpił, ale też ją wyreżyserował, na bazie własnego scenariusza. Film stanowi jego debiut fabularny. Spomiędzy dwojga bohaterów pierwszoplanowych to jego Sasha przybiera bardziej „kobiecą” postawę: nie jest zniewieściały, ale jako pierwszy powie partnerowi „kocham”. Chętniej wspomina najszczęśliwsze chwile swojego związku z Dimą, jest skłonny do refleksji. W scenach erotycznych to on przyjmuje rolę pasywną, otwierając się na miłość, jaką daje mu policjant. Właściwie na ostatki miłości. To Sasha odnajduje w sobie odwagę, by wieczorem zakraść się do darkroomu w syberyjskim podziemiu gejowskim. Wreszcie to on, emocjonalnie pchnięty ku przepaści, rozważa odebranie sobie życia, w na równi romantycznym i szalonym geście. Bohater buntuje się przeciw światu, który go nie rozumie: w Rosji nie ma bowiem miejsca na inność i różnice między ludźmi.

Czytaj dalej „Taedium vitae. [„Syberia”, 2019]”

Telawiwskie obsesje. [„15 lat”, 2019]

     Yoav (Oded Leopold) jest odnoszącym sukcesy architektem. Ma wszystko, czego zawsze pragnął oraz stabilny, piętnastoletni związek z Danem (Udi Persi) – młodszym od niego adwokatem. Choć ich życie wydaje się idealne, Dan chce rozpocząć kolejny etap i założyć rodzinę. Kiedy najbliższa przyjaciółka Yoava, Alma, zachodzi w ciążę, Dan zaczyna mówić o ojcostwie. Jednak jego potrzeba rodzicielstwa zdaje się stać w opozycji z tym, czego chce Yoav. Mężczyzna zaczyna kwestionować swoje z pozoru sielankowe życie, co prowadzi do lęków i autodestrukcyjnych zachowań, które wystawiają na próbę jego związek i wieloletnią przyjaźń (opis dystrybutora).

     Główny bohater „15 lat” Yuvala Hadadiego tak bardzo skupiony jest na ucieczce przed kryzysem wieku średniego, że zupełnie nie dostrzega, jaki z niego szczęściarz. W świecie, gdzie osoby LGBT skazane są na samotność i ostracyzm, on sam może liczyć na wsparcie ukochanego, utrzymując jednocześnie kierownicze stanowisko w renomowanej firmie – jako wyoutowany homoseksualista. Yoav to utalentowany architekt, a jego partner pracuje jako prawnik. Panowie mieszkają w przytulnym penthousie, otaczają się pięknymi ludźmi i uczęszczają na prestiżowe wernisaże. Mają prawie wszystko. Dla Dana miłość to bowiem za mało: do pełni szczęścia brakuje mu własnego dziecka. Kiedy Alma zrzuca na parę prawdziwą bombę informacyjną, w Danie budzą się ojcowskie instynkty. Yoava płoszą nowe priorytety ukochanego: przywdziewa on zbroję chłodnego, maczystowskiego twardziela i wykonuje kilka kroków wstecz. Postanawia w samotności przewartościować swoje osobiste cele i dążenia.

Czytaj dalej „Telawiwskie obsesje. [„15 lat”, 2019]”

Bird girls can fly. [„Lola”, 2019]

     Pierwszy film Laurenta Micheliego, „Kochankowie czują bluesa”, skupiał się na losach młodych biseksualistów z Belgii i został dobrze oceniony przez krytyków. Nagrodzono go między innymi na Festiwalu Filmów Francuskojęzycznych w Namur oraz kalifornijskim FilmOut. Kolejna produkcja 37-letniego brukselczyka może powtórzyć ten sukces. „Lola” już teraz ma na swoim koncie nominację do Cezara za najlepszy film zagraniczny oraz dwie statuetki Margitte (to jest dwa „belgijskie Oscary”), a fala wyróżnień prawdopodobnie dopiero na nią spłynie.

     Osiemnastoletnia Lola urodziła się jako Lionel. Transpłciowa dziewczyna mieszka w przytułku dla ulicznej młodzieży, bo została wyrzucona z domu. Ma jednego tylko przyjaciela i cały świat przeciw niej. Uczy się, by w przyszłości zostać weterynarzem. Po śmierci matki Lola próbuje wykraść urnę z jej prochami. Nie dopuszcza do tego apodyktyczny ojciec, który stawia dziewczynie ultimatum: będzie mogła pożegnać się z rodzicielką, ale tylko na jego warunkach. Nietypowy duet wyrusza w trasę nad Morze Północne, by zgodnie z ostatnią wolą zmarłej rozsypać prochy na plaży, nieopodal porzuconego domu rodzinnego. Lola nie potrafi porozumieć się z szorstkim i uprzedzonym Philippem: dla niego już chyba na zawsze pozostanie Lionelem. A przecież dziewczyna nie ma wątpliwości, kim jest i kim nigdy nie była.

Czytaj dalej „Bird girls can fly. [„Lola”, 2019]”

„I love you, and you don’t have to pay me”. [„Moje własne Idaho”, 1991]

     Po sukcesie „Narkotykowego kowboja”, który wyróżniony został czterema nagrodami Independent Spirit i dwiema statuetkami na Berlinale, Gus Van Sant zwrócił na siebie uwagę amerykańskiej branży filmowej. Składano mu najbardziej lukratywne oferty, z których jednak reżyser, tożsamy z nurtem indie, rezygnował. Zamiast łechtać mainstreamową publiczność, Van Sant postanowił odkopać jeden ze swoich dawnych scenariuszy i zrealizować go jako passion project. W efekcie powstało „Moje własne Idaho” – wybitny przedstawiciel kanonu New Queer Cinema i najbardziej intymny road movie lat dziewięćdziesiątych. Sukces filmu wśród smakoszy wysublimowanego art-house’u utorował drogę innym twórcom związanym z queerową nową falą: wkrótce potem Gregg Araki szokował widownię swoim „The Living End”, a Paul Rudnick przeniósł na duży ekran sztukę „Jeffrey”.

     „Moje własne Idaho” to film poetycki i natchniony, wizualnie oszałamiający, w pewien sposób dziejotwórczy. Ze względu na przełomową tematykę dał przykład innym reżyserom – także tym powiązanym z kinem głównego nurtu – jak kręcić szczere, pełnokrwiste dramaty psychologiczne i nie bać się obrazoburczej tematyki. Był jednym z pierwszych filmów o gejowskiej prostytucji, które nie tylko uczyniły z osoby homoseksualnej protagonistę, ale też przedstawiły ją w pozytywnym świetle. Van Sant odwołuje się w „Idaho” do szekspirowskich kronik o Henryku IV i V. Jeden z bohaterów, Scott Favor, przypomina więc księcia Hala, a wątek jego buntu i nonkonformizmu odwzorowuje burzliwą młodość późniejszego króla (tutaj: burmistrza Portland). Z kolei awanturniczy mentor Scotta, Bob Pigeon, ewidentnie wzorowany był na postaci Falstaffa – rubasznego pijaka, prowadzącego młodzieńca na manowce.

Czytaj dalej „„I love you, and you don’t have to pay me”. [„Moje własne Idaho”, 1991]”

„I’m just lookin’ for love”. [„Wojna płci”, 1998]

     Don Roos zasłynął jako scenarzysta, choć później rozwijał się także jako reżyser filmowy. W Hollywood ceniony był zwłaszcza za umiejętność wiarygodnego kreślenia wyrazistych kobiecych portretów. Bohaterki pisanych przez niego historii zawsze były silne i niezależne; co więcej, miał Roos na tyle szczęścia, że potem odgrywały je szalenie utalentowane aktorki (Jennifer Jason Leigh w „Sublokatorce”, Sharon Stone w „Diabolique”). Największy sukces w jego karierze przypadł na rok 1998, kiedy w Sundance zadebiutowała „Wojna płci” – autorski projekt Roosa, który zgarnął kilkanaście cenionych nagród i przypadł do gustu krytykom filmowym. Dziś jest on pamiętany zwłaszcza dzięki kapitalnej obsadzie.

     W Luizjanie mieszka Dedee Truitt (Christina Ricci), szesnastolatka z niewyparzonym jęzorem, która po śmierci ojczyma postanawia uciec z domu. Jest zblazowana i nie myśli o przyszłości poważnie, a swojej małomiasteczkowej matki szczerze nie znosi. Kobieta jest jednym z tych rodziców, którzy chwalą się, że pociechy są ich najlepszymi przyjaciółmi. Zadziornej Dedee ewidentnie takie przechwalanki nie pasują. „Świetnie: nie dość, że mam gównianą matkę, to jeszcze moja najlepsza przyjaciółka jest frajerką i ostatnią suką” – rzuca na początku filmu, przełamując czwartą ścianę.

     Grana przez Ricci jątrzycielka nie tylko pojawia się w „Wojnie płci”, by wywoływać konflikty i wzburzenie wśród innych bohaterów, ale też komentuje kolejne scysje jako narratorka z offu. Dedee nazwana zostaje przez jedną z postaci „ludzkim brukowcem”. Nie bez powodu: po przybyciu do przybranego brata (Martin Donovan) uwodzi jego partnera (Ivan Sergei). Bill to bogaty nauczyciel przed czterdziestką, a dawno niewidziana krewna postanawia wykorzystać jego dobrotliwość. Kochankowi wmawia, że jest ojcem jej dziecka i prosi, by obrobił Billa z oszczędności. Wyrusza do Los Angeles, gdzie czeka na nią ukochany z rodzimego miasteczka; wkrótce sprawą zaczyna interesować się policja. Brzmi wystarczająco tabloidowo? Być może, ale nie jesteśmy nawet w połowie filmu!

Czytaj dalej „„I’m just lookin’ for love”. [„Wojna płci”, 1998]”

What a story, Mike… [„No Pain, No Gain”, 2004]

     Ohio. Mike Zorillo (Gus Malliarodakis) ma trzydzieści kilka lat i do niedawna uchodził za najlepszego kulturystę w swoim miasteczku. Kiedy postanowił jednak rozpocząć prace nad projektem naukowym, treningi fizyczne zeszły w jego życiu na drugi plan. Mięśniak greckiego pochodzenia może pochwalić się nadzwyczajnie wysokim IQ, czym wzbudza podziw środowisk akademickich, ale nie imponuje członkom paneli sędziowskich na zawodach sportowych. Gwiazdą wśród miłośników przerzucania żelastwa zostaje w międzyczasie Jake Steel (Dennis Newman) – ulubieniec kobiet i lokalny celebryta, potajemnie przyjmujący środki dopingowe. Mike, propagator naturalnego budowania masy mięśniowej, postanawia dać rywalowi nauczkę i startuje w tych samych mistrzostwach, co on. Zanim wejdzie na scenę, będzie musiał odbudować swoją reputację w świecie sportów sylwetkowych.

     Niezależny komediodramat „No Pain, No Gain” Samuela Turcotte’a jest filmem równie megalomańskim i beztreściowym, jak sugeruje opis jego fabuły. Może nawet bardziej. Powstał jako odskocznia, kręcony przez grupę przyjaciół dla swoich przyjaciół, i stanowił próbę samorealizacji – nie do końca udaną. Ciekawym spojrzeniem na życie kulturysty były filmy Madsa Matthiesena „Dennis” i „Misiaczek”, w których napakowany bydlak usiłował wyrwać się ze szponów apodyktycznej, matczynej miłości. Matthiesen próbował złamać pewien stereotyp: chciał nadać swemu pakerowi cechy autentycznego człowieka, zburzyć w nim karykaturę. Turcotte natomiast banalizuje swoich bohaterów, całe ich życia osnuwając wokół sztangi i kremów brązujących. W filmie dzieje się naprawdę niewiele i wszystkie zdarzenia prowadzą do nieuchronnego finału: bezwstydnej, koguciej przepychanki na scenie i próby dowiedzenia, który z kulturystów jest większym chłopcem.

Czytaj dalej „What a story, Mike… [„No Pain, No Gain”, 2004]”