Gorejący smutek. [„Ból i blask”, 2019]

     Pedro Almodóvar – najbardziej opiewany hiszpański reżyser od czasów Luisa Buñuela – powrócił z nowym filmem i znów zachwycił krytyków. Udało mu się to z niemal każdą poprzednią produkcją (sromotnym wyjątkiem byli „Przelotni kochankowie”), ale jeszcze żadna jego historia nie miała tak osobistego wydźwięku, jak „Ból i brzask”. W filmie tym – częściowo zainspirowanym przez dramat „Osiem i pół” Felliniego – starzejący się artysta spogląda na własne osiągnięcia i porażki. Jest pogrążony w depresji, cierpi na lęki społeczne oraz bóle pleców, miewa ataki duszącego kaszlu: w kruchym ciele uwięziona została dusza rezolutnego, wiecznego młodzieńca. W swojej karierze zawodowej dosłużył się wielu nagród i wyróżnień, ale filmowe statuetki znaczą dla niego tyle, co nic. Mężczyzna nie potrafi cieszyć się ugruntowaną pozycją: nie ma w jego życiu osoby, z którą mógłby dzielić się blaskiem.

     „Ból i blask” ma charakter autorefleksyjny. Imię głównego bohatera, Salvador Mallo, to niemal anagram utworzony z nazwiska Pedro Almodóvara. Na pewno jest to alter ego reżysera, a między dwojgiem postawić można wiele współzależności. Przewijają się przez film nawiązania do poprzednich produkcji Almodóvara – a właściwie kamieni milowych w jego karierze. Mallo zacieśnia więzi z aktorem, który dostał rolę w jego pierwszym przeboju – okazją ma być retrospektywa tegoż obrazu. Pogrążonym w nostalgii fanom hiszpańskiego reżysera na pewno nie umknie tu „Prawo pożądania”: był to dla Almodóvara swoisty przełom, a filmoznawcy wyraźnie odgradzają tę pozycję od wcześniejszych jego dokonań. „Ból i blask” można uznać za historię autoreferencyjną także z powodu znajomych wątków: silnej więzi matki i syna czy przywiązania do katolicyzmu. Pojawia się w filmie motyw szkoły, w której nauczają obmierźli księża – zupełnie jak w „Złym wychowaniu”. Almodóvar był zaś w młodości wychowankiem kolegium prowadzonego przez Księży Salezjanów.

Czytaj dalej „Gorejący smutek. [„Ból i blask”, 2019]”

Reklamy

Ostatnia komedia Netfliksa jest obraźliwa na każdym możliwym poziomie. [„Shaft”, 2019]

     Slogan reklamujący nowy film Netfliksa z udziałem Samuela L. Jacksona jest bardzo wymowny: „more Shaft than you can handle”. Niby przedstawia tytułowego bohatera jako supergościa, z którym będziemy chcieli spędzić każdą jego ekranową minutę, ale przebija się tu również wizja postaci nieznośnej i odpychającej. Pozwolę sobie wyłożyć kawę na ławę już teraz: polubią „Shafta” ci widzowie, dla których poszanowanie mniejszości i inności znaczy tyle, co nic, a niewybredne żarty o męsko-męskim seksie lub podrzędności kobiet są zupełnie na miejscu, bo przecież czasem trzeba „wyciągnąć kijek z tyłka”. Otóż nie są na miejscu i totalną bzdurą jest branie „Shafta” w obronę tylko dlatego, że jego twórcy upodobali sobie grubiański humor rodem z lat osiemdziesiątych. Obraźliwe komedie nie bez powodu odeszły do lamusa: czasy zmieniły się na lepsze między innymi z tego powodu, że ewoluowała wrażliwość filmowców. Pisanie o „Shafcie” w kategoriach „męskiego kina dla prawdziwych mężczyzn” (a na takie „recenzje” się natknąłem) to wyraz głupoty, ewentualnie odwołanie do prymitywnych i szkodliwych wzorców męskości.

Czytaj dalej „Ostatnia komedia Netfliksa jest obraźliwa na każdym możliwym poziomie. [„Shaft”, 2019]”

Oops!… She pretends she’s actually an actress. [„Crossroads – Dogonić marzenia”, 2002]

     Każda odnosząca sukcesy gwiazda popu prędzej czy później doczeka się swojego debiutu filmowego. Dla niektórych, jak na przykład Cher, pierwsze role są tylko nieśmiałym początkiem udanej kariery aktorskiej, po latach przypieczętowanej najważniejszymi nagrodami. Inne zaś artystki tak dobierają role, by prędzej niż wykazać się imponującym warsztatem, połechtać swoje ego. Zrobiła to Mariah Carey, kręcąc Glitter, zrobiła też Lady Gaga, porywając się na swój drugi film – „Narodziny gwiazdy”. Z motyką prosto na księżyc odleciała też Britney Spears, której „Crossroads – Dogonić marzenia” to chyba najsłabszy vanity project lat dwutysięcznych: sklecony naprędce, nieporadny, usłany banalnymi kliszami.

     Film, który miał zaspokoić twórcze ambicje dwudziestoletniej księżniczki muzyki pop, przez krytyków został wręcz zjedzony, a w zestawieniach box-office’u poradził sobie w najlepszym razie średnio. Spears nigdy nie wystąpiła już w produkcji przeznaczonej na duży ekran (odliczając świadome cameo w trzecim „Austinie Powersie” i to wykorzystane wbrew jej woli w „Fahrenheit 9.11”). Pojedynek z Mariah wygrywa wykonawczyni przebojowego „Toxic”: „Crossroads” to projekt minimalnie lepszy od „Glittera”, co w gruncie rzeczy też nie jest wielkim osiągnięciem. Film jest prosty i pozbawiony polotu. Poznajemy trzy przyjaciółki, które wyruszają w samochodową podróż do Miasta Aniołów. Po co? Jedna z nich chce podpisać kontrakt z wytwórnią płytową, choć tak naprawdę wcale nie potrafi śpiewać. O dziwo nie wciela się w tę postać Spears.

Czytaj dalej „Oops!… She pretends she’s actually an actress. [„Crossroads – Dogonić marzenia”, 2002]”

Bippity-boppity-boo! [„Burleska”, 2010]

     Istnieją filmy świadomie kampowe oraz te, których stylistyka wydaje się efektem niezamierzonych potyczek reżysera. Do tej pierwszej grupy zaliczymy większość dzieł Kena Russella, a z pozycji nowszych chociażby netfliksową „Perfekcję”. W drugiej czołowe miejsce od lat okupują „Showgirls”, uważane za ambitną porażkę Paula Verhoevena. Bardzo łatwo pomylić camp z wybujałym kiczem, lecz nie są to terminy stosowane przemiennie, o czym warto wspomnieć w kontekście recenzowanej perełki − bo śmiało można w ten sposób określić „Burleskę” Steve’a Antina z 2010 roku. Film ten nigdy nie przekracza granicy złego smaku, choć podczas scen rewiowych wykorzystane zostają w nim takie akcesoria, jak lateksowy kostium pielęgniarki, wielka strzykawa czy wreszcie banan, symulujący męskiego członka i ochoczo pochłaniany przez jedną z tancerek. „Burleska” to autoironiczny, przebojowy backstage musical, któremu ciężko się oprzeć. Nie obwołamy go jako guilty pleasure, bo to film sprawiający autentyczną frajdę, a przyjemność nie powinna przecież wywoływać uczucia winy. Tuż po premierze krytycy ocenili „Burleskę” odrobinę zbyt ostro.

Czytaj dalej „Bippity-boppity-boo! [„Burleska”, 2010]”

Skrzydlaty fighter. [„Underdog”, 2019]

     „Skończyło się”, przebąkuje Kosa, w nawiązaniu do swojej niegdysiejszej kariery w wielkim świecie polskiego MMA, a potem słyszy: „dlaczego?” Odpowiedź jest równie wnikliwa: „bo wszystko kiedyś się kończy”. W tej scenie „Underdog” − pierwszy nad Wisłą dramat o mieszanych sztukach walki − wspina się na wyżyny błyskotliwości. Nie ma w filmie szlachetniejszych dialogów, reżyser też nie sprawia wrażenia szczególnie rezolutnego. Może dlatego, że to w zasadzie żadna artystyczna dusza, a Maciej Kawulski − jeden ze współzałożycieli KSW.

     Pod pseudonimem „Kosa” kryje się Borys Kosiński − były champion w sportach walki, który próbuje trzymać się z dala od ringu, ale zbieg niechcianych wydarzeń na nowo obudzi w nim wojownika. Bardzo liczyłem na to, że „Underdog” okaże się produkcją chociaż znośną, bo jej realizacja świadczy przecież o pozytywnych zmianach, jakie dokonują się w polskim kinie gatunkowym. Kierunek rozwoju jest więc satysfakcjonujący, ale samego filmu nie uznam za udany, pomimo powiewu świeżości. To obraz przaśny (niech świadczy o tym miejsce jego akcji: Ełk), niefachowy; parze zagranicznych oczu na pewno nie wyda się atrakcyjny. „The Guardian” nazwał go biedniejszą wersją amerykańskich akcyjniaków o drodze ku sportowej chwale − i coś w tym jest. Eryk Lubos dobrze sprawdza się w roli tytułowego bohatera: emanuje trochę nachalną charyzmą, ale potrafi przekuć ją w złoto. Przede wszystkim korzysta z kompletu podstawowych narzędzi gry aktorskiej, czego nie można powiedzieć o debiutantach − rzeczywistych fighterach − który zdominowali drugi i dalszy plan.

Czytaj dalej „Skrzydlaty fighter. [„Underdog”, 2019]”

Jedność i odmienność. [„To tylko przyjaźń”, 2018]

     Joris (Josha Stradowski) to młody Holender, który lubi jazdę na motocyklu, nowe technologie i przede wszystkim przerzucanie żelastwa na siłowni. Choć pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, dorabia w miejscowym domu starców jako ogrodnik. Tam też poznaje Yada (Majd Mardo) − Syryjczyka, który od lat przebywa w Europie Zachodniej. Chłopak żyje chwilą, woli surfować niż studiować i zdaje się, że nie odziedziczył ambicji po matce, zaciekle walczącej o prawa imigrantów. Pierwszy z bohaterów to trochę typ introwertyka, zaś drugi − stały bywalec amsterdamskich klubów nocnych. Choć Yad i Joris różnią się w wielu kwestiach, pojawia się między nimi nić porozumienia, a z czasem też siła przyciągania.

     „To tylko przyjaźń” nagrodzono na wielu festiwalach kina LGBT dookoła świata i nietrudno przewidzieć, jakie stoją za tym przyczyny. Jest reżyserowany przez Annemarie van de Mond film szalenie optymistyczny i ciepły, a w obrębie kinematografii queerowej wciąż brakuje pozycji lekkich w konsumpcji. To modelowy feel-good movie, pełen idyllicznych pejzaży i niezwykłej wrażliwości. Pozytywnie nastrajają zwłaszcza sceny, w których romans dwójki bohaterów dopiero kwitnie: kiedy widzimy, jak oglądają chmury, beztrosko leżąc pośród pól, albo dzielą się słuchawkami przy romantycznej muzyce. Film nie cechuje się wygórowanym dramatyzmem − konfrontacje i zgrzyty między kolejnymi postaciami traktuje raczej z rezerwą. Media określiły go dość jednoznacznie jako komedię romantyczną, choć to bardziej komedia obyczajowa.

Czytaj dalej „Jedność i odmienność. [„To tylko przyjaźń”, 2018]”

Życzenie śmierci. [„Sauvage”, 2018]

     Kino francuskie utożsamiane jest często z pewnym dyskretnym urokiem − ma być pełne zmysłowych bodźców, wyszukane, przy tym zwiewne i delikatne jak croissant. To, oczywiście, tylko jedna strona medalu, bo typowe dla francuskich filmów są też ucieczka przed cenzurą, rozluźnienie rygorów obyczajności czy wreszcie eskalująca brutalność − znak firmowy Gaspara Noégo, spójnia tzw. „Nowej Ekstremy”. „Sauvage” zdecydowanie bliższy jest drugiej z tych kategorii; ma w sobie − zgodnie z tytułem − dzikość, jakiej reżyserowi pozazdrościłby już nie tylko Noé, ale Korine i von Trier razem wzięci. To film opowiadający o pierwotnych popędach i instynkcie śmierci, o zdobywaniu życiowej swobody kosztem własnej godności. Nie ma tu miejsca na zbędne sentymenty − większość wydarzeń z życia głównego bohatera to walka o przetrwanie.

     „Sauvage” stanowi pełnometrażowy debiut reżyserski Camille’a Vidala-Naqueta, który przez trzy lata spotykał się z męskimi prostytutkami, badając ich teren i prowadząc wywiady. W ten sposób narodził się fikcyjny Léo − sprzedający swoje ciało dwudziestodwulatek, mieszkający na ulicach Strasburga. Grany przez Féliksa Maritauda chłopak nigdy tak naprawdę nie zostaje nazwany po imieniu, a jednemu ze swoich klientów mówi wprost: „zwracaj się do mnie, jak tylko chcesz”. Léo nie wie dużo o świecie: kiepsko czyta, nie potrafi rozpoznać symptomów swojej choroby, a gdy od kolegi po fachu dostaje skradziony telefon, wyznaje, że dotąd żadnego nie miał. Nie miałby też do kogo zadzwonić, bo jego życie kręci się wokół Ahda (Éric Bernard), nieco starszego żigolaka o zawadiackim błysku w oczach. Léo lubi uprawiać seks za pieniądze i nie przeszkadza mu zasypianie pod gołym niebem. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko odwzajemnionej miłości Ahda. Niestety, ten wiąże się z bogatym sponsorem.

Czytaj dalej „Życzenie śmierci. [„Sauvage”, 2018]”