„I got a fire in my veins”. [„Where’s Maria?”, 2018]

     Christina María Aguilera może i ma za sobą kilka ciężkich lat (sprzedaż jej albumów spadła, antyfani stale z niej kpią), ale wciąż pozostaje „głosem” swojego pokolenia i niebywale utalentowaną artystką. Jest też nieustraszona. Bo w końcu która piosenkarka popowa powiedziałaby przed kamerą: „jestem jaka jestem, jeśli ci to przeszkadza, możesz possać mojego fiuta”? Tylko Xtina. W jej nowym projekcie filmowym, „Where’s Maria?”, pada kilka mocnych, kontemplacyjnych słów.

     „Where’s Maria?” to krótkometrażowy dokument, zwiastujący ósmy album studyjny Aguilery, „Liberation”. Płyta od miesięcy wyczekiwana jest przez melomanów; będzie bowiem pierwszym longplayem wokalistki od sześciu lat. Aguilera doskonale wie, że jest zdolniejsza niż Britney, Gaga czy młódki władające światowymi listami przebojów (często wzorujące się na jej klasykach, „Stripped” i „Back to Basics”). Między innymi z tego powodu znalazła się w krótkometrażówce wyjątkowa scena popisów głosowych, która uwydatnia, w jak nostalgicznym momencie swojej kariery – i życia, prawdopodobnie, też – artystka się znajduje. W „Where’s Maria?” Aguilera opowiada o młodości i feminizmie, ale też o inspiracji oraz walce z rutyną.

     Amerykańscy widzowie telewizyjni przez lata oglądali, jak współautorka „Ain’t No Other Man” kręci się w czerwonym fotelu i ocenia śpiew młodych szansonistów. Ciepła, wygodna posadka trochę pokrzyżowała jej realizację nowego materiału muzycznego. Aguilera stwierdza – nie tyle skruszona, co oswobodzona („Liberation” będzie, nomen omen, artystycznym wyzwoleniem) – że jej praca nabrała wreszcie charakteru taśmowego, a wyjście na scenę z nową piosenką stało się wizją abstrakcyjną. Jak wyznała, „czasem trzeba zacząć wszystko od zera”. Reżyserowany przez Zoey Grossman dokument, choć skupia się na niepokojach i ambicjach multimilionerki, ma wydźwięk uniwersalny: mowa w nim o tym, że czasem każdy z nas musi na chwilę przystopować, odpocząć, odkryć się na nowo. Tak łatwo powiedzieć komuś, by wziął się w garść i był silny. Ale siła odradza się ze słabości; by ją zdobyć, zresztą stopniowo, trzeba być odpowiednio do tego zmotywowanym. Aguilera zaakceptowała swoje niedoskonałości, spojrzała wstecz (w końcu osiągnęła tak wiele) i znalazła w sobie inspirację do działania. Po sześciu latach wraca na scenę silniejsza niż kiedykolwiek dotąd.

     Jako dziewczynka Aguilera wyróżniała się na tle rówieśników właśnie wysokimi aspiracjami. Uczestniczyła w talent shows, zgarniała dziecięce nagrody, opuszczała jedną scenę, by wspiąć się na następną. Teraz, po okresie słodkiej stagnacji, powróciła do gry. W filmie Grossman maluje się portret dojrzałej artystki, która nie gna już za perfekcjonizmem, nie maskuje swoich wad, a mimo to wciąż ma bardzo dużo do powiedzenia – i, rzecz jasna, zaśpiewania. Moc „Where’s Maria?” tkwi w szczegółach i w trikach operatorskich: w najazdach kamery na naturalnie piegowatą twarz Aguilery, w ujęciach na broszki z nonkonformistycznymi sloganami („kto powiedział, że chcę być taka, jak inni?”).

     Nie byłaby Aguilera sobą, gdyby nie uwydatniła w dokumencie swej kobiecości, z której jest tak dumna. Monologi przed obiektywem kamery pomagają w ustaleniu wzorcowej definicji: prawdziwa kobieta powinna być silna i nieustraszona, zawsze winna artykułować to, co ma do powiedzenia. Aguilera wyraża siebie w sposób kreatywny: dzięki „Dirrty” wiemy, że ma w sobie seks i nie zawaha się go użyć; piosenki jak „Change” i „Can’t Hold Us Down” pokazują, z jaką niechęcią odnosi się do homofobii i mizoginii. Matka wokalistki była w zupełności podporządkowana brutalnemu mężowi; to wtedy Aguilera uznała, że nigdy nie ulegnie patriarchalnej dominacji. Mocnym akcentem „Where’s Maria?” jest scena, w której bohaterka opowiada o wyrzeczeniach swojej rodzicielki. Po jej policzkach płyną łzy, ale nie są one oznaką słabości. To łzy kobiety, która od lat wypełnia feministyczną misję. Dzięki „Can’t Hold Us Down” – piosence R&B, której poświęcono przynajmniej kilka rozpraw akademickich – prywatne bolączki kobiet z miesiąca na miesiąc stały się problemami społecznymi; tak dobitny był wpływ nagrania na kulturę masową.

     „Where’s Maria?” udowadnia, że Aguilera kocha sztukę, nareszcie odnalazła w sobie inspirację i ma do powiedzenia więcej niż „♫♫ all I wanna do is fuck your body”. Wszystkie z poprzednich krążków 37-latki nosiły w sobie pierwiastek geniuszu, a niektóre okazały się majstersztykami muzyki popularnej. „Liberation” ma szansę okazać się albumem równie błyskotliwym, jak „Stripped” i „Bionic”. W singlowym „Fall in Line” artystka rozprawia się z toksyczną męskością. Choć w przyszłość zerka z pewną dozą niepewności, zachęca, by nie chować głowy w piasek: należy otwarcie pokazywać blizny, może nawet zdobywać nowe podczas walki o równouprawnienie. Balladę „Twice” rozpoczyna natomiast epicka, zaśpiewana a cappella inwokacja, bardzo przypominająca intro „Bohemian Rhapsody”. To nagranie o szukaniu sensu w beznadziei, gojeniu ran i prawdziwej cenie miłości. Nie tej, o której śpiewa Britney czy Carly Rae Jepsen. Tej, która zbyt często pozostaje w komitywie z melancholią. Wszelkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że za „Liberation” otrzyma Aguilera siódmą nagrodę Grammy.

     „Where’s Maria?” – bardzo refleksyjny dokument, a przy tym zaskakujące i ambitne narzędzie promocyjne – znajdziecie pod danym linkiem.

Ocena: 9/10

WheresMaria01

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s