Czas na… inny film. [„Czas na miłość”, 2013]

     Tim Lake (Domhnall Gleeson) dowiaduje się, że mężczyźni, będący członkami jego rodziny, potrafią podróżować w czasie. Chłopak zyskuje przywileje, z których nigdy jednak nie robi żadnego użytku; gdyby chciał, mógłby zmienić bieg wydarzeń i sprawić, że świat stanie się lepszym miejscem. Podczas jednej z „wypraw” uwagę bohatera zwraca piękna Mary (Rachel McAdams). Szybko zaczyna łączyć ich gorące uczucie. Mary nie wie, że jej ukochany posiada supermoce. Tim natomiast nie ma pojęcia, że jego dar jest nie tylko unikalny, ale również bardzo niebezpieczny.

     Nie każdy film musi uchodzić za wysokiej klasy sztukę – niech potwierdzeniem tej tezy będzie komediodramat Richarda Curtisa „Czas na miłość”: dla jednych czarowny „guilty pleasure”, dla pozostałych kino zmarnowanego potencjału. Curtis, specjalista od bystrych opowiastek miłosnych, ma w rękawie autentycznego asa: jego scenariusz operuje ciekawymi, metaforycznymi frazami, które mogły uczynić z „Czasu na miłość” zaskakujący coming of age movie. Podróżom czasoprzestrzennym służy szafa Tima, co samo w sobie mogłoby zostać odczytane jako analogia dojrzewania. Frapujące pomysły narracyjne zakrywa jednak gruba warstwa antypatii, którą emanuje protagonista. Główną skazą filmu jest właśnie Tim – mężczyzna flegmatyczny i irytujący, na którego niezbędną przemianę przychodzi nam czekać zbyt długo. Przez dziewięćdziesiąt minut portretowany przez Gleesona bohater zgrywa dużego chłopca, który nie radzi sobie ani z życiem pośród innych ludzi, ani z własnymi, toksycznymi decyzjami. Ukochanej Mary nawet nie raczy poinformować o swych niecodziennych zdolnościach; woli kłamać, „dla jej dobra”. Nie jest to zbyt romantyczne. Tim to marny substytut Hugh Granta, namiastka poważnego, odpowiedzialnego faceta.

     Nie sposób przyrównać „Czas na miłość” do innych projektów pisanych przez Curtisa, jak „Notting Hill” czy „Dziennik Bridget Jones” (ani do „Dnia świstaka”, z racji podobieństw fabularnych). Pierwsza połowa filmu „ledwo zipie”: jest mdła, pozbawiona głębszego natchnienia i polotu. Później bywa lepiej, bo śmieszniej; akcent bardziej pada na człon „komedio-” – nie na „dramat”. W finalnych minutach brakuje, niestety, zadowalającej konkluzji, emocjonującej kulminacji. Wadą scenariusza są miałki przekaz oraz kiepsko zarysowane, nieforemne postacie. Duża to szkoda: zarówno Gleeson, jak i McAdams trzymają aktorski rytm, wykazując choćby idealne wyczucie gagu. Jest „Czas na miłość” przedsięwzięciem, nad którym tyrał cały sztab artystów „lepszych” niż sam cel ich pracy.

Ocena: 4/10

AboutTime2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s