Everything. [„Mój piękny syn”, 2018]

     „Mój piękny film” − mógłby powiedzieć o swojej nowej, szóstej już fabule Felix van Groeningen. I nie byłby to przejaw próżności, a dumy, całkiem zresztą zasadnej. „Beautiful Boy” to jedna z lepszych kinowych premier, jakie obejrzycie na dużym ekranie, gdy za oknem mróz trzyma nieszczęśników w swym uścisku. Jest dopiero styczeń − u kiniarzy odznaczający się za sprawą niewybrednego repertuaru − a sercami widzów ma szansę zawładnąć pozycja, która zagości w niejednym końcoworocznym rankingu filmowych wspaniałości.

     Steve Carell i Timothée Chalamet tworzą w „Moim pięknym synu” jedne z mocniejszych ról swojej kariery. Film stanowi ekranizację pamiętników Davida i Nica Sheffów − zatroskanego ojca oraz jego latorośli, głęboko uzależnionej od metaamfetaminy. Van Groeningen poświęca swoją uwagę dynamice rodzinnej, a zwłaszcza męskim więziom. Carell gra przede wszystkim wiecznie smutnymi oczyma: jako David jest niemal bezradny, oszołomiony skalą problemu − takiego pięknego syna wychował i robił to dobrze, a przyszło mu obserwować, jak ów cudowne dziecko stacza się na samo dno. Ból dusi mężczyznę od wewnątrz, ale po policzkach nie ulatują mu łzy: to niepozorny wojownik, który zrobi wszystko, by wyciągnąć syna z nałogu. Film przedstawia wzloty i upadki Sheffów − tych drugich dręczony przez narkotyczne demony Nic doświadcza całkiem sporo.

     Chalamet po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najbardziej wszechstronnych aktorów młodego pokolenia. Tworzy kreację wyważoną, chwilami żałośliwą, ale pełną sznytu. Wykazuje świetne wyczucie chwili, emocji, ich ciężaru. Jego rola jest wolna od przesady i wylewności, z których tak wielu młokosów uczyniłoby swoje królowe. Występ Chalameta, pomimo arsenału charakterystycznych gestów, to pokaz powściągliwości, która pozostaje w komitywie z empatią, szacunkiem dla rzeczywistego Nica. Sam film również jest taktowny, a niekiedy bardzo delikatny; to dramat o uzależnieniu zupełnie nieprzypominający „Trainspottingu” (1996) czy „Dzieci z dworca Zoo” (1981). Gorączki i niepokoju uświadczymy tu mniej, większość scen koncentruje się na wewnętrznej podróży bohaterów pierwszoplanowych.

     To dramat o odkrywaniu w sobie słabości i ciężkim zrywaniu z niezdrowymi afektami. I, oczywiście, o codziennej walce, którą wszystkim zdarza się przegrać − tego też trzeba się nauczyć. Nie jest „Mój piękny syn” filmem idealnym: zanadto bowiem opiera się na niuansach operatorskich, a za mało uwagi poświęca postaciom żeńskim (tak ważnym, jak matka Nica − która wydaje się jego opoką). Całość bardziej wprawiony widz mógłby uznać za dość wtórną; przewidywalne jest z pewnością zakończenie. Sercem „Pięknego syna” ma być ścieżka dźwiękowa, wraz z utworami Davida Bowiego i Neila Younga: nastraja ona i potęguje doznania emocjonalne, których tak wiele zapewniają nam już aktorzy. Film van Groeningena to solidne kino środka.

     PS. Propozycją idealną dla każdego, komu spodobała się wizja reżysera, będzie australijski tear-jerker „Candy”. Scenariusze obu filmów napisał Luke Davies.

Ocena: 7,5/10

pieknysyn2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s